Skąd się bierze przeciążenie organizmu i dlaczego tego nie zauważamy?
Moje poszukiwania ukojenia dla układu nerwowego zaczęły się już dawno temu, ale były raczej intuicyjne i dość powierzchowne. Wszystko zmieniło się kiedy bodźców z zewnątrz było już tak dużo, że standardowe metody relaksu nie pomagały zregenerować się w pełni.
Pierwszą rzeczą, którą pamiętam po przeprowadzce na studia do Warszawy z małej miejscowości, była uderzająca ilość światła w mieście, zwłaszcza po zachodzie, gdzie nagle okazało się, że noc nie jest już ciemna. Pamiętam, że codziennie miałam problem z zasypianiem, bo latarnie uliczne świeciły prosto w moje okna. Światło dosłownie wdzierało się do mojego pokoju, zaburzało rytm dobowy i utrudniało odpoczynek. Aby ratować swój dobry sen, prostymi i praktycznymi sposobami zaczęłam odzyskiwać ciemność. W wynajmowanych przeze mnie mieszkaniach, zawsze wymieniałam zasłony na takie, które nie przepuszczały światła i to mi wystarczało, aby się zregenerować.
Zanim do ofert sieci komórkowych trafiła technologia 4G (po 2011 r.) i nielimitowany internet w telefonach oraz nim bardzo popularne stały się smartfony, problem przeglądania internetu przed snem i wchłaniania niebieskiego światła przez oczy, które zaburzało produkcję melatoniny, praktycznie nie istniał, więc zasypianie było łatwiejsze niż obecnie. Z czasem, kiedy technologia zaczęła się rozwijać, a my jako społeczeństwo otrzymaliśmy dostęp do internetu bez ograniczeń, telefony komórkowe stawały się coraz lepsze, ekrany rosły, a na popularności zyskiwały aplikacje społecznościowe, ilość bodźców wzrokowych odcierających do oka rosła w zastraszającym tempie. Ludzie dosłownie przykleili się do telefonów i nieustannie w nie zerkali, co w konsekwencji zaburzało rywm dnia większości z nas. Poprzez zmysł wzroku i ilość odbieranych przez niego informacji organizm człowieka ulega całkowitemu przeciążeniu, a my sami tego nawet nie zauważamy, bo jest to dla nas codzienność. Kto wyobraża sobie aktualnie życie bez przeglądania social mediów, śledzenia na bieżąco plotek ze świata show biznesu, śledzenia aktualności z branży, którą się interesuje? Często nie mamy wyboru, zwłaszcza w sytuacji, w której potrzebujemy tych informacji do pracy.
Ja także zaglądałam często do telefonu, bo zawsze chciałam być na bieżąco z tym co dzieje się u znajomych i na świecie. Nic nie może umknąć, bo nie będę w temacie, bo będę wykluczona. To powodowało, że mój układ nerwowy był stale pobudzany. Stale pojawiające się dźwięki powiadomień, emisja niebieskiego światła z ekranów, ilość przewijających się obrazów na ekranie telefonu i komputera powodowały, że czułam zmęczenie, a czasami nawet dezorientację i irytację. Z czasem tych drażniących bodźców było tak dużo, że wyłączałam wszystkie powiadomienia z aplikacji, część nieużywanych aplikacji usunęłam, wyłączałam też dźwięk samego telefonu i kiedy pracowałam przy komputerze, o połączeniu, informował mnie dźwięk wibracji, a nie głośnego dzwonka. Biurka do pracy zawsze ustawiałam tak, aby od czasu do czasu spoglądać przez okno na zieleń drzew, która pozwala trochę odprężyć wzrok.
I tak staram się robić do dzisiaj.
Ciekawostka odnośnie przeciążenia organizmu za pomocą zmysłu wzroku i słuchu.
W czasach pandemii, które były dość niedawno, zmuszeni zostaliśmy do masowego korzystania z telekonferencji i spotkań online. Bardzo dużo ludzi miało z tym problem, bo patrzenie na siebie w ekranie monitora przez większość dnia, powodowało stres i zmęczenie samokontrolą i samooceną. Dodatkowo oglądanie ludzi z dziwnej, nienaturalnej do tej pory perspektywy było mocno obciążające. Ukuto nawet termin na to zjawisko, jakim jest „zoom fatigue”, czyli syndrom zmęczenia spotkaniami online, który ma zbliżone objawy do wypalenia zawodowego. Więcej na temat tego zjawiska, skąd się wzieło, jak ono działa, itp., możecie posłuchać w podkaście Joanny Jurgi #BEZPIECZNIK S01E08. Polecam, bo bardzo ciekawe zagadnienia są tam omawiane.
Kilka lat temu przeprowadziłam się na obrzeża Warszawy, gdzie światła ulicznego było nadal sporo, ale radziłam sobie z nim jak do tej pory, natomiast okolica była cicha i spokojna. Chwili wytchnienia, od pracy i niebieskiego światła emitowanego przez komputer, w ciągu dnia można było zaznać na balkonie, gdzie przy mało ruchliwej ulicy słychać było śpiew ptaków, a widoki rozciągały się na zieleń i jeszcze niezabetonowane części miasta, czyli pola i nieprzystrzyżone, trochę dzikie łąki.
Wtedy pojawił się nowy dystraktor. Hałas generowany przez nieustające ujadanie psa sąsiadki. Przez okres około 5 lat walczyłam o prawo do spokoju z sąsiadką, której pies pozostawiany sam w domu, szczekał niemal bez przerwy przez 16 godzin. Podczas jej obecności, piec wybiegał na balkon i dosłownie szczekał w moje otwarte okno balkonowe, powodując u mnie nagły lęk i stres. Było to uciążliwe, ale ostatecznie jeszcze do zniesienia.
Wszystko zmieniło się w lipcu 2024 roku, kiedy rozpoczęła się przebudowa ulicy pod blokiem w którym mieszkam i na którą wychodzą okna mojego mieszkania. Przebudowa i dźwięki z nią związane, skutecznie utrudniały mi funkcjonowanie przez rok i dwa miesiące. Hałasy trwały bez ustanku do września 2025 r. Był to czas dla mnie bardzo trudny pod względem fizycznym i psychicznym. Codzienny huk ciężkiego sprzętu, pył z rozkopanej ziemi, drgania i nieustanne poczucie oblężenia sprawiły, że mój dom przestał być dla mnie azylem. Balkon, który wcześniej był miejscem regeneracji i szybkich resetów, zamienił się w przestrzeń tortury. Nawet krótkie chwile na świeżym powietrzu kończyły się bólem głowy, kaszlem i irytacją. Najbardziej nieznośne były piątki, bo po całym tygodniu kumulacji hałasu, organizm reagował rozdrażnieniem i przeciążeniem, które prowadziły do płaczu z bezsilności i zmęczenia, a nawet bólu.
Zadziwiające jest to, że przez pierwsze pół roku, wpływ hałasu na moje funkcjonowanie nie był jeszcze tak dotkliwy. Jednak przy przedłużającej się ekspozycja na niego zauważyła, że już nie potrafiłam się zregenerować tak jak wcześniej. Doświadczając hałasu codziennie przez co najmniej 10 godzin dziennie oraz przez okres ponad roku a także w połączeniu ze wcześniejszymi bodźcami wzrokowymi, zauważyłam jego wpływ na moje zdrowie i zachowanie, a znalezione przeze mnie materiały i badania potwierdziły prawdziwość moich spostrzeżeń, które opiszę w oddzielnym artykule.
Hałas odbierał mi radość życia i doprowadzał do skrajnego zmęczenia (zespół chronicznego zmęczenie), gdzie mniej więcej w połowie dnia, czyli około godziny 14:00 moja wydajność w pracy spadała do zera. Moją zdolność koncentracji została bardzo mocno osłabiona, potrafiłam zgubić wątek po kilku minutach pracy, a każde powiadomienie w telefonie czy nagły dźwięk z ulicy wytrącało mnie ze stanu skupienia na kolejne kilkanaście minut. Więcej czasu potrzebowałam na powrót do skupienia się nad tym, nad czym pracowałam, niż sam czas skupiania na danej rzeczy. Głośne dźwięki pracujących maszyn drogowych i pokrzykiwania robotników tak męczyły mój układ nerwowy, że zapominałam co robiłam 5 minut wcześniej, łącznie z tym, że np. byłam w łazience i zapomniałam zgasić tam światło wychodząc. Bardzo trudno było mi przypomnieć sobie nazwy sklepów i producentów, których produkty chciałam zastosować w projektach. Ciężko było także z zapamiętywaniem nazwisk klientów, przedstawicieli handlowych, nazw nowych produktów, nazw sklepów, adresów, itp. Straciłam całkowicie ochotę na spotykanie się z innymi ludźmi oraz z rodziną, którą odwiedzałam średnio raz w miesiącu. W tamtym czasie nawet spotkania towarzyskie były dla mnie wyczerpujące i bardzo nieprzyjemne. Miałam wrażanie, że cały czas ktoś coś ode mnie chce, a ja nie mam nawet siły myśleć o tym, co będę robiła następnego dnia. Chciałam tylko odpoczywać, nic nie musieć robić i nie słuchać hałasu rozmów. Sen nie przynosił ulgi. Mimo ośmiu godzin snu, czułam, że nie mam za wiele energii następnego dnia. I tak działo się codziennie, co dawało kolejną dawkę stresu. Uznałam, że tak nie może być i postanowiłam szukać sposobów na ukojenie.
Na co dzień funkcjonujemy w środowisku pełnym bodźców, które stopniowo obciążają nasz układ nerwowy. Ponieważ proces ten jest subtelny i rozciągnięty w czasie, często pozostaje niezauważony, aż do momentu, gdy intensywność bodźców staje się nie do zniesienia. Wtedy zaczynamy szukać pomocy.
A co by było kiedy, od początku tworzenia swojego miejsca na ziemi, pomyślelibyśmy o jego łagodzącym wpływie na nas? Może wtedy żyło by się lepiej?
Ostatecznie dla mnie te doświadczenia nabrały szczególnego znaczenie w kontekście projektowania wnętrz i architektury. Zrozumiałam, że dobry projekt to nie tylko estetyka i funkcjonalność, ale także dbałość o czynniki często pomijane, takie jak akustyka, dźwięki jakie wydają przedmioty i materiały, ochrona przed hałasem, dobre oświetlenie, miłe zapachy. Wnętrza naszych domów i mieszkań mogą chronić nasze zdrowie i samopoczucie. Projektowanie przestrzeni z myślą o dobrostanie człowieka jest więc nie luksusem, ale warunkiem zdrowego życia (w mieście i nie tylko).